To wprost podłość…

W poniedziałek zadzwonił telefon - Magdalena Rigamonti – dziennikarka Wprost.
- Widzę na fb, że jest pani w Gdańsku, ja także, to może sią spotkamy na wywiad?
- Czy to będzie wywiad czy fragment jakiejś większej całości? – pytam, bo mam złe doświadczenia z „cytowaniem” moich wypowiedzi.
- Wywiad, jeden na jeden.
- Dobrze, jutro o 9 rano. O 11 mam warsztaty to może zdążymy.



Pani się spóźnia, dzwoni, kłopot z logistyką, trzeba dzieci gdzieś „sprzedać”, rozumiem to. Czekam. Przychodzi blondynka bez uśmiechu. Nie przepadam za ludźmi, którzy się nie uśmiechają, ale cóż.

Dyktafon na stole i zaczynają się pytania, ponieważ jestem gaduła, na każde odpowiadam otwarcie i dość długo. Pytania są rożne od banalnych do trudnych, Niektóre łagodne inne ostrzejsze. Jak to w wywiadzie. Odnoszę wrażenie, że dziennikarka przyszła „z tezą”. Zła Zawadzka. Ale może się mylę.

Dzwonek alarmowy zadzwonił, gdy powiedziała, że „jest na mnie obrażona za reklamę w której się pojawiłam”. Dziennikarz powinien być obiektywny, nieprawdaż?

Wyjaśniam swój punkt widzenia, kilka razy słyszę „Nie rozumiem”, „Nie wierzę”…
- Rozumiem, że pani nie rozumie - myślę - bo mamy inne podejście do świata. Ja jestem raczej ufna, pani podejrzliwa, ja prostolinijna, pani chyba reprezentuje spiskową teorię dziejów.
Tłumaczę. Mam doświadczenie w końcu jestem nauczycielem.

Rozmawiamy niemal dwie godziny, znaczy ja mówię.
Po dwóch dniach telefon.
- Spisałam 45 tysięcy znaków a potrzebujemy 15 więc skracam.
- Dobrze - odpowiadam.
Rano „wywiad” jest w mojej skrzynce mailowej.

Czytam, oczom nie wierzę….
Dzwonię.
- „Czy to ze mną pani rozmawiała? Przecież niektórych z tych pytań nie było, przecież zdanie wyrwane z kontekstu znaczy zupełnie coś innego niż w kontekście.
Jestem w szoku.”

Autoryzuję. Poprawiam i wyjaśniam. Nie zmieniam powiedzianych zdań. Po prostu tłumaczę je tak, jak w czasie wywiadu. Uzupełniam o kontekst. Dziennikarka mnie pogania. „Upraszam o pośpiech”– pisze.

Odsyłam.

Mija dzień.
Dziś rano sms od syna:
„????” i zdjęcie okładki. Na niej fotomontaż insynuujący, że moja osoba i praca ma jakiś związek z dziecięcą pornografią.
Problem polega na tym, że wielu ludzi zobaczy okładkę, ale niewielu przeczyta wywiad.
Wywiad przestał być ważny…
Liczy się tylko okładka… jak z najgorszego tabloidu.

Dziennikarka mi nie powiedziała, że to będzie okładka, nie autoryzowałam zatem oczywiście ani jej wyglądu ani też tytułu.

No cóż, ludzie bywają podli, muszę się z tym pogodzić, choć niezmiennie mnie to smuci.

Ale cóż, mówią że: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”.
Trwa ładowanie komentarzy...