Celebryta to (NIE) kosmita…

Słowo celebryta nie jest w Polsce synonimem idola, autorytetu ani nawet gwiazdy. W krajach cywilizowanych słowo to nie ma pejoratywnego wydźwięku. U nas celebryta to ktoś znany, ale głupi.

Polski celeb, to atrakcyjne opakowanie i bubel w środku, towar dla ciemnych mas, ot wydmuszka - jak piszą i mówią niektórzy, przypinając tę łatkę każdej osobie, która pojawia się w mediach. Celebryci robią „ustawki” i brylują „na ściance”, mają „parcie na szkło” i … kiełbie we łbie.
Tak sklasyfikowano ludzi, którzy mogą się poszczycić jakimś niezwykłym talentem czy dokonaniem, jak i podrzędne gwiazdki z serialu czy pisma dla dorosłych. Wspólny mianownik zafundowały wszystkim plotkarskie portale, brukowe gazety i maglowe telewizyjne produkcje. Dlaczego tak się dzieje? Otóż w kraju nad Wisłą każdy sukces musi być ukarany, tak samo, z resztą jak i dobry uczynek.

Czy mistrzowie sportu to celebryci? A popularni i lubiani aktorzy? Specjaliści, eksperci? A może dziennikarze?
Zgodnie ze starą definicją sformułowaną przez Boorstina w 1961 roku celebryta to osoba, która jest znana z tego, że jest znana. Współcześnie jest to osoba sławna, indywidualność, gwiazda. Celebryta to osobowość.

Poruszam ten temat po przeczytaniu niniejszego artykułu.
Wszyscy wymienieni - w tym ja - pasują raczej do nowoczesnych zachodnich definicji niż do polskiego piekiełka.

Jest taki film, o kobiecie z kosmosu, która kompletnie nie ma pojęcia co i jak tu, u nas na ziemi, się dzieje.
Wszystkiego dowiaduje się od tajemnego stwora noszonego w torebce.
Film nosi tytuł „Moja macocha jest kosmitką”.

Dziś, właśnie po przeczytaniu tekstu w tvn24 poczułam się trochę jak taka kosmitka.
Superniania jest kosmitką - powinnam napisać więc w tytule.

Autora zdumiewa, że ludzie, którzy mieli szczęście lub nieszczęście przez jakiś czas skupiać na sobie oczy wielu ludzi, - dzięki telewizyjnym programom, sportowym, artystycznym czy zawodowym osiągnięciom - czują się częścią jakiejś społeczności i chcą dla niej działać. Zarzuca im, że „nie wystarcza im boisko, scena, teatr czy gotowanie”, i chcą zrobić coś innego. Ale dlaczego chcą? Pewnie dla niewyobrażalnej kasy, choć przecież jako celebryci w tej kasie pławią się co dzień.

Autor zdaje się uznawać, że celebryta to ktoś, kogo nie dotyczą sprawy codzienne, fatalny stan dróg, kostki chodnikowej, brak toalet w parkach, brak miejsc w żłobkach i przedszkolach, przepełnione klasy szkolne. Celebryta nie ma dzieci w szkole, nie chodzi do przychodni, nie wścieka się, gdy wyrzucają z kamienicy starych zaprzyjaźnionych sąsiadów – bo znalazł się ”lewy właściciel”. Ktoś taki nie rozumie zapewne, że w okolicy w której mieszka powinno być bezpieczniej, czyściej, że reklamowe bannery zaśmiecają także jemu widok z okna. Celebryta to przecież kosmita.

Poza tym skąd taki celebryta ma się na czymkolwiek znać? No jakim prawem ja się pytam? Przecież on ma tej swojej „magicznej torbie” czerwony dywan, który sam przed sobą rozwija, gdziekolwiek się pojawia. Celebryta nie ma prawa – jak wynika z tekstu – mieć sąsiadów i znać się na czymkolwiek.
To tak na ostatnią przedwyborczą chwilkę mi się zagotowało.

A tak już na poważnie, bo jednak ten artykuł zbyt poważny nie jest. Dziś, w ostatnim dniu kampanii roznosiłam kolejną porcję ulotek i rozmawiałam ze swoimi sąsiadami, tymi najbliższymi i tymi z dalszej okolicy. O kłopotach i problemach, ale i o radościach i marzeniach.
W części miasta w której mieszkam najwięcej jest starszych osób, i one z nieskrywaną sympatią rozmawiały ze mną, także w ostatnich dniach. Nie wszyscy pójdą głosować, nie wszyscy też zagłosują na mnie. Ale co tam, ważne, że porozmawialiśmy.

Nie wiem czy Stowarzyszenie Warszawa Społeczna, z którym idę do wyborów przekroczy 5% próg wyborczy i czy uda się mu wejść do samorządów. Ale jeśli nie spróbuję czegoś w tej sprawie zrobić i podjąć aktywnych działań, to nie będę wiedzieć jaką mamy siłę i potencjał.
Pozdrawiam wszystkich z którymi rozmawiałam, dziękuję tym, którzy przeczytali moje ulotki.
To są najważniejsze wybory i gorąco zachęcam, by iść i zagłosować. Pokażmy, że nam zależy. Bo mam nadzieję, że rzeczywiście zależy.
Weźmy sprawy we własne, także celebryckie ręce.
Trwa ładowanie komentarzy...